Macierzyństwo jak narkotyk.

Nie jestem tą, która opowiada wszystkim o tym, jaki okres ciąży jest wspaniały. Daleko mi do stwierdzeń, że to najpiękniejszy czas w życiu kobiety. Nigdy też nie nazwałabym przewlekłych problemów żołądkowych, migren, podpuchniętych kończyn, niezależnych od nas zmian trądzikowych, wiecznego przemęczenia i nadwagi za czynniki sprzyjające “kwitnięciu” kobiety w tym czasie. Uważam, że noszenie dziecka pod sercem, dbanie o siebie, a przez to też o dziecko, jest naprawdę ciężką “harówką” i jest to duże obciążenie dla organizmu kobiety: zarówno psychiczne jak i fizyczne.
Często niedoceniane, choć przyznać trzeba, że coraz rzadziej niezauważane(mnożą się kampanie społeczne o pomocy, ustępowaniu miejsca czy po prostu zauważaniu kobiet ciężarnych, nawet tych z “niską” ciążą. Ktoś powie, że nie mówi się tyle o pomocy ludziom starszym, co o kobietach spodziewającym się dziecka. To prawda. Ale warto zapoznać się ze statystykami chociażby takimi: od niżu demograficznego do odsetka ciąż utraconych – a później łącząc niektóre fakty zachęcam do refleksji: jak ważne jest byśmy dbali o kobiety w stanie błogosławionym, a przez to: o ich nienarodzone dzieci).

Jestem w drugiej ciąży, rodzę rok po roku. Odczuwam to fizycznie. Mój organizm jest w pewnych obszarach dość mocno osłabiony. Psychicznie z drugą ciąża radzę sobie lepiej niż z pierwszą. Spodziewając się pierworodnego dziecka wszystko było nowe i nieznane, a niespodziewany, dość solidny przyrost wagi i huśtawka hormonów doprowadzały moją psychikę do skrajnych stadiów. Teraz jest stabilniej, to na pewno…

Trochę zdystansowana, trochę zapoznana z tematem, trochę pewniejsza siebie, trochę bardziej doświadczona inaczej podchodzę do macierzyństwa wtórnego. Nie znaczy to, że jest to dla mnie mniej wartościowe. Jest inne. Głowy nie zaprzątają mi kolory skarpetek niemowlęcych ani to jakim kremikiem posmaruje pupkę mojego nowo narodzonego dziecka… Zostało mi mało czasu do porodu, a mam jeszcze wiele spraw do załatwienia i przygotowania. Wciąż odkładam to na później, zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży, kiedy na trzy miesiące przed rozwiązaniem miałam przygotowane niemal wszystko. Teraz podejście jest inne… w głowie jest co innego…

Macierzyństwo to cud – ta ciąża przyniosła mi te patetyczną myśl. W teorii wiedziałam to już przy pierworodnej, ale teraz ta “prawda” dotknęła mnie dogłębnie. Brzmi górnolotnie, ale prawie każdy dzień noszenia pod sercem mojej kolejnej córki przynosił ze sobą właśnie to słowo: cud. Ten stan jest niełatwy, jak pisałam na początku, ale jest niewiarygodnym szczęściem. Jest przywilejem. Zaszczytem jest. Nie każdemu to dane.

I tak… dzień porodu był wyzwaniem i nie należał do łatwych, a ja już tęsknie do tego dnia i nie mogę się doczekać tych emocji i uczuć… nie mogę się doczekać naszego pierwszego spotkania i tej nagłej miłości, nie do opisania (no, znów! Patos! Nie da się inaczej, tzn.ja nie umiem, wybaczyć proszę). Taka jest i cała ciąża: trudna, ale niepowtarzalna i nie do opisania emocjonalnie. Pierwsza ciąża była naprawdę trudna i nie sądziłam, że kiedyś powiem, że chce wrócić do tego stanu. Teraz przy oczekiwaniu na dzień narodzin, jednocześnie wiem, że okres noszenia dziecka pod sercem przejdzie do historii(przynajmniej drugiego dziecka, bo historia zatoczy koło, być może…). I już czuję to, że będę tęsknić za brzuchem, mimo obecnego trudu i obciążenia. Być może wytwarzają się jakieś hormony w ciąży i po niej, nie wiem, ale ten stan wydaje mi się od pewnego czasu być uzależniający. Taki, do którego chcę wracać… niektórzy powiedzą, że to niebezpieczne, nieracjonalne, a nawet znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że to po prostu głupie. A ja mówię: to kolejny dowód dla mnie samej, że jestem w dobrym miejscu, o właściwym czasie, w dobrej roli, na dobrej drodze. Mimo, że to “dobro” okupione wyrzeczeniem dziękuje Bogu za ten przywilej. Nie wszyscy mają tyle szczęścia. Czuję się wyróżniona, naprawdę.

Ile razy narzekam. Ile razy irytuję. Jak często płacze z bezsilności. Ile razy zwątpiłam w sens macierzyństwa. Jak często się poddaję. Jak bardzo nie doceniam…
Nieskończone ilości razy, czasu. Tak bardzo, że aż wstyd. – odpowiadam.

Przepraszam, to emocje. Tylko i aż emocje. Rozumnie myśląc wiem jak wielką szczęściarą jestem. Wiem, jak wielkie cuda się dzieją w moim życiu. Doceniam wszystko, co dostaję z Góry. W ludziach i materii.

Cud – to słowo mogłabym stosować wymiennie z frazą “moje życie”. Macierzyństwo w wymiarze jaki przyszło mi doświadczać to jeden z tych cudów. O innych już tu pisałam, a być może, jeszcze nie raz napiszę…

 

fotografia: Agnieszka Antoniewicz