JAK JA TO OGARNIAM?

Wstaję ze świtem, ogarniam trójkę dzieci, robię śniadania, obiady i kolację, pranie, prasowanie, koordynuję zdalnie pracę działu w firmie męża, raz-dwa razy w tygodniu pracuję w biurze, hobbystycznie jestem fryzjerką, ciągle, na bieżąco realizuję moje pomysły zawodowe, staram się dwa razy w tygodniu zrobić trening na siłowni, i z pasji angażuję się w projekty społeczne, które mnie kręcą. To tylko część moich zajęć dnia codziennego, które nie sposób zamknąć w ramie. Pisząc to wciąż chciałam użyć słów “w międzyczasie”, jednak powstrzymywała mnie, wciąż powracająca z uporem, myśl, którą powtarzała moja ukochana polonistka “Nie ma czegoś takiego jak międzyczas, międzyczas nie istnieje!”. Zatem, droga Pani, jeśli Pani to czyta, proszę wierzyć, że moje życie potwierdza istnienie nieistniejącego. Tadaaaaaam! W moim życiu wszystko dzieje się w tak zwanym “międzyczasie”.

Nieogar – to normalne.

Po co napisałam pierwszy akapit? Nikogo prawdopodobnie nie obchodzi zakres moich obowiązków. Połowa z Was ma ich więcej, a druga połowa, być może, mniej, ale to i tak wystarczająco, by nie mieć czasu na czytanie głupot na jakimś blogu. Więc po co?

Po pierwsze dla samej siebie. Spisanie moich dziennych obowiązków pozwoliło mi realnie ocenić to, ile robię i co robię każdego dnia. Oczyściło mnie z poczucia winy, że nie ogarniam. Bo TAK, nie ogarniam, mimo, że niemal codziennie dostaję od kogoś pytanie “jak Ty to wszystko ogarniasz??!!”.

Po drugie dla wszystkich tych, którzy myślą, że ogarniam i noszą w sobie poczucie winy, że oni nie ogarniają. Bo Ty masz jedno dziecko i nie pracujesz, a i tak pewnie czujesz to samo co ja. A ta, która ma pięcioro i etat – prawdopodobnie także myśli o sobie czasem jak nieogarniającej. Liczba dzieci oraz skala obowiązków nie ma tutaj nic do rzeczy. Każdy czasem się gubi. Każdy ma słabsze chwile. I każdy czuję natłok obowiązków. I to jest zupełnie NORMALNE. Nienormalnym jest ukrywanie prawdziwego życia i udawanie, że wszystko nam wychodzi.

Pułapki życia matki[i nie tylko]

My kobiety mamy kilka tendencji: bierzemy na siebie zbyt dużo obowiązków, bo ciągle myślimy, że musimy coś udowodnić światu. Jesteśmy “zbył mało” lub “niewystarczająco” i gonimy… swój własny ogon – myśląc, że przegonimy same siebie. I robimy wszystko tak, by nikt nigdy nie zarzucił nam, że jesteśmy leniwe, głupie, brzydkie, albo, co najgorsze, niekompetentne. Niekompetentna matka – jak to w ogóle brzmi. A niekompetentna matka na etacie to już w ogóle..  skrajnie nieodpowiedzialność. Mam nadzieję, że wyczuwacie sarkazm i nutkę humorystyczną. Bo ja należę do tych, które wciąż noszą w sobie poczucie winy, ale jednocześnie stają na głowie, by połączyć wszystkie sfery mojego życia, które są niezbędne do pełni mojego szczęścia.

I oczywiście: coś za coś. Mało śpię, bo w nocy – jak wiadomo, z dziećmi bywa różnie, a w dzień podczas ich drzemki – pracuję, bądź ogarniam domowe obowiązki. Nie mam czasu na plotki z przyjaciółką, bo czas który bym na to poświęciła wolę spędzić na siłowni. Nie chodzę po sklepach – zakupy robię on line, dlatego mój wygląd opiera się na moim guście, nie mam czasu podążać za trendami. Nie imprezuję – nie wiem, kiedy miałabym to odespać. Widzicie – nie jest idealnie, pojawia się wiele ograniczeń. Bo nie można mieć wszystkiego. Ale to kwestia decyzji, którą podjęłam kilka lat temu. Ja chcę tak żyć. Takie jest moje powołanie, i choć zdarza mi się gubić, staram się za nim podążać..

No to, JAK ŻYĆ?

Podejmij decyzję i pokochaj swoje życie. Ja to uwielbiam. serio. KOCHAM MOJE OBOWIĄZKI I ICH NADMIAR. Ktoś u Góry to doskonale wie, bo wciąż zsyła mi kolejne projekty i wyzwania, które ja, a jakże(!), przyjmuję, bo czuję się w tym jak ryba w wodzie. Czuję, że żyję, gdy mam cele, które udaje mi się osiągać. I te, których się nie udaje i wciąż pozostają w sferze marzeń do zrealizowania. Ale mierzyć siły na zamiary to moje zadanie na Wielki Post, które sobie nadałam. I polecam to każdej z was, która czuję, że codzienność ją przygniotła. To najtrudniejsze rekolekcje w moim życiu – nauka odpuszczania. Hardcore. Położyć się w bałaganie. Odpuścić wydarzenie na które się zapisało. Zamówić pizzę zamiast obiadu. Posiedzieć i popatrzeć na górę prania do prasowania zamiast ją wyprasować. Bezcenne. Trudne. Ale ważne… dla zdrowia psychicznego.

Nie muszę być wszędzie. Nie muszę wykonywać planu idealnie. W domu mogę mieć nieogarnięte i wyglądać też nie muszę (moje brwi, gdy piszę ten tekst wołają o kroplę henny, a paznokieć co drugi o jakąkolwiek hybrydkę). I nie każdy musi o mnie myśleć najlepiej jak się da, BO nie każdy jest mną i mało kto zna moje życie jak ja. Nie musi być idealnie. Byleby było po Bożemu.

i… najważniejsza zasada mojego (nie)ogarniania:

Wszystko co mam, dostałam od Boga. Jestem świadoma tego jak bogato mnie wyposażył i jak mnie rozpieścił. Mam więcej niż oczekiwałam. A jeśli mi pobłogosławił – ustrzeże wszystkiego czym mnie obdarzył. I gdy ja, po ludzku, nie domagam, On mi pomoże, bo zapewnił mnie: “Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!”[J 14, 27]. Ufam mu, a on sam działa i spełnia pragnienia mojego serca(ps 37). Jestem szczęściarą, bo zaufałam Mu, że tylko z Nim będę żyć w obfitości[J 10,10]. Nie zawodzę się.