Back to home
in Życie

oczami druhny…

  • 2 lipca 2019
  • By Kaja Kubarska
  • Komentarzy: 0

Opowiem Wam pewną historię…

To była miłość, która zaczęła się od skandalu. Jak serialowa miłość. Rodem z 90210. Ich kroki śledzili wszyscy z naszego otoczenia. Co zrobią, czy się rozejdą, czy wytrwają przy sobie, jak potoczy się ich życie… razem czy osobno? Czy zaśmiejemy się z ich ‚lovestory’ po latach czy… no właśnie. Czy ktoś przewidywał inny scenariusz niż ten, w którym mówi się „za kilka lat się z tego pośmiejemy…”?

Potem, według planu: skończyła się szkoła, a całkowicie poza planem przyszła dorosłość, która zaskoczyła jak zima drogowców. Nie tylko ich, bo nas wszystkich. Niby wszyscy byliśmy świadomi, że mamy dowody w portfelu, ale rzeczywistość zaskoczyła oczekiwaniami i konsekwencjami wyborów, dość szybko i konkretnie.

Pojawiło się kolejne pokolenie naszego rocznika. Rocznika – w naszych głowach – wciąż gimnazjalnego. To było coś zupełnie abstrakcyjnego. Oni mieli dziecko, ale dla 19-latków abstrakcja była tak duża, że wszyscy traktowali je jak swoje. Wszyscy mieliśmy dziecko, pojawialiśmy się obok niego zmianami – według upodobań, dostępnego czasu i chęci. Potem pojawił się dzidzia brat – wtedy, bez wątpliwości, to już nie była abstrakcja, a istny kosmos.

W ich mieszkaniu byłam tak często jak mogłam. Jeszcze jako studentka, jeszcze jako panienka, spędzałam z nimi każdą wolną chwilę. Wracałam do domu taksówką, bo ostatni autobus był zbyt wcześnie, wciąż było coś, co mogłam zrobić, a przede wszystkim… wciąż było coś, o czym trzeba było rozmawiać… Wspominam to dobrze, z łezką w oku i sentymentem… Dla mnie wszystkie te sytuacje były chwilowe, ja wracałam do domu, do ciszy i wygodnego łóżka, a Ona zostawała z dziećmi – ich mama, bo ojciec na robocie – za coś żyć trzeba było… To był cholernie trudny czas. Taki, który, z Jej perspektywy, na pewno wspomina się z traumą i myślą „nigdy więcej”. Ale też taki, o którym myśli się zwycięsko… „Przeżyłam, mogę wszystko!”.

Dzieci rosły, a wraz z nimi zmieniała się miłość ich rodziców. Nie było łatwo. Gdy życie zaskakuje Cię tyle razy, trudno o stabilność i poczucie bezpieczeństwa. O ich ślubie mówiliśmy tylko w żartach. Że ja będę świadkową z siwizną i zmarszczkami, a Ona ubierze białą garsonkę, bo sukni ślubnej po 60-ce nie wypada ubierać. Wciąż przyjmowałam te żarty, w duchu wiedząc swoje… Modliłam się do Boga, by prostował ich ścieżki, oświecał drogę i przyprowadził do siebie.

Po drodze ochrzcili swoje dzieci – zostałam dumną chrzestną jednego z nich. A potem… kilka lat po moim ślubie wysłała mi zdjęcie pierścionka zaręczynowego! Ja oszalałam! Zaczęłam planować, rozpisywać, ubierać siebie i ją… ale sprawa nie była tak łatwa jak mi się wydawało. Moja przyjaciółka to typ zupełnie różny ode mnie. Ona nienawidzi planować czegokolwiek. Nie organizuje nawet własnych urodzin, bo kupienie tortu jest dla niej wyzwaniem, a co dopiero ślub i wesele! Część finansowa też nie była bez znaczenia. A moje paplanie żeby hajtnąć się „dla Sakramentu”, na szybko – bez sensu… Gadaniem nic nie załatwię – wiedziałam to, miałam doświadczenie. Zresztą… najbardziej na świecie chciałam, żeby to była ich, autonomiczna decyzja. Ja tylko rzucałam temat co jakiś czas, ale przytargać go kościoła – nie chciałam. Wysyłałam w niebo akty strzeliste. Wiem, że nie byłam w tym sama… i czekałam…

Około września 2018 dostaję telefon, a w słuchawce Ona mówi

– a, wiesz.. zapomniałam Ci powiedzieć… 29 czerwca ustaliliśmy datę ślubu, ale nie wiem czy to wypali

– yhm – odpowiedziałam, a pomyślałam: uwierzę w to tylko wtedy, gdy to zobaczę…

Swoją drogą… „zapomniała mi powiedzieć” mimo, że rozmawiamy codziennie, a wtedy to kilka razy dziennie… to dawało mi do myślenia, że to chyba nie była ściema.

 

Nie angażowałam się w przygotowania prawie w ogóle. Kilka razy podniosłam jej ciśnienie moją radą, ale wycofywałam się od razu: chciałam, żeby to była ich decyzja i ich dzień. Wiedziałam, że Bóg wysłuchuje modlitw. Wiedziałam, że to się dzieje… Wiedziałam, że wszystko idzie zgodnie z Planem…

Ostatni miesiąc przed ślubem to huśtawka emocjonalna. No bo kawalerskie, no bo panieńskie, no bo organizacja, no bo sukienka do szycia, no bo garnitur za mały, no bo menu nie wybrane, no i samochód! CZYM POJADĄ DO ŚLUBU???

Uff.. dzięki Bogu, Pan Młody, istny romantyk, załatwił niepowtarzalnego rumaka na godzinę przed ceremonią i zawiózł nim do kościoła siebie i Swoją Panią… [to długa, acz bardzo śmieszna historia, kiedyś Wam może opowiem]. Ja jechałam obok, niezbyt elegancką taksówką, ale grunt, że Oni jechali mercedesem!

Pół godziny później…

Po wszystkich formalnościach, jesteśmy u wejścia świątyni. Minutę przed 13 robimy sobie foteczkę – ostatnią panieńską, a 60 sekund po tym, idę już za Nią i mam ochotę krzyczeć ze szczęścia. Nie dowierzam, że to się dzieje…

Z ambony czytam Pieśń nad Pieśniami – o dzielnej niewiaście – przecież to cała Ona. A kilka chwil później słyszę księdza, który mówi o powrocie do źródła – do Boga i miejsca, gdzie się poznali [kościół w którym odbywała się ceremonia znajduje się przy naszej dawnej szkole]. Gryzłam się po wargach, żeby się nie wzruszyć. Skąd inąd wiem, że płakało pół kościoła…

Przysięgali bez zająknięcia, a obrączki podali im chłopcy – owoce ich miłości…

Wesele było najfajniejszym i najbardziej luzackim na jakim byłam. Byli tam wszyscy ludzie, którzy przewinęli się przez ich góry i doliny ostatniej dekady. Jak wielka domówka, którą postanowiliśmy zrobić sobie w Muzeum Lotnictwa – a KTO NAM ZABRONI?! Wszak świętowaliśmy ukoronowanie 10 letniej, niełatwej, drogi pod górkę… i niesamowicie cieszyliśmy się, że teraz to już pełna prosta, za ręce i przed siebie!

Wytańcowałam się zapominając o moim wieku i trzech przebytych ciążach i porodach. Przez dwa dni później nie mogłam chodzić przez zakwasy. Mój ślub i dni, w którym rodziły się moje dzieci to były najszczęśliwsze dni w moim życiu. Ale dzień Tego Ślubu, zaraz po tamtych dniach, był moją największą radością, spełnionym oczekiwaniem, wypełnieniem obietnicy, ukazaniem się pełni miłości. Na weselu bolały mnie mięśnie policzków od uśmiechu, a momentami myślałam, że pęknę ze szczęścia!

Nie wiem, czy potrafię Wam w słowach opisać jak bardzo cieszę się tym wydarzeniem. Z jednej strony czuję szczęście, bo Bóg mnie wysłuchał, z drugiej, mam wrażenie, że od kilku dni chodzę w ich skórze i przeżywam miesiąc miodowy. To wielka radość, wielkie wesele!

Dziękuje Im, że mogłam tego doświadczyć. Za przyczyną Ich historii, doświadczyłam wielu cudów, które pochodzą, wiem to, prosto z Nieba.

 

 

 

___________________

Wiem, że Bóg wysłuchuje próśb i chce Wam o tym kolejny raz opowiedzieć!

Pan chce dla każdego obfitego błogosławieństwa. Wystarczy wyciągnąć po nie ręce.

Bóg bardzo kocha człowieka. Jest cierpliwy, bo to przecież pierwsza cecha pełnej miłości. Uczył mnie tej cierpliwości prawie dekadę.

On jest. On słucha. On czeka. Wystarczy przyjść do Niego, powrócić i powiedzieć „Amen”. Jak oni.

Naprawdę… wystarczy.

___________________

Dziękuje Ci Boże, za Twoje ścieżki miłości…

Za drogę ich miłości. Dziękuję.

 

 

 

 

By Kaja Kubarska, 2 lipca 2019
O mnie
Cześć, jestem Kaja
Jestem szczęśliwą kobietą, żoną i matką. Mam około ćwierć wieku i prawdopodobnie spełniłam już wszystkie moje marzenia. To piękne, ale brzmi strasznie, prawda?
Facebook
mój instagram

@kajakubarska